Warszawski kataryniarz
Pojawił się na środku jak czarodziej zupełnie podobnie wzbudzając śmiech
Każdemu przez twarz przebiegł uśmiech bo kto to widział mieć takie siwe włosy
Zmierzwione jak u wirtuoza
ale gdzie on wirtuozem
Tacy to grają w złotych salach a ten tu tylko ciska przyciski
Snuje się po bruku ciągnąc za sobą wóz pełen pajacyków skrzyni drewnianych
Zapomnianych melodii
Zaczął się rozkładać pod fontanną
Nawet syrenka spojrzała na niego z góry ona przywykła słuchać opowieści
Może krzyków bohaterskich no jeszcze wyznań miłości
Nie kataryniarzy
Matki postały chwilę kiwając głowami
Pewnie się nie uczył
Dzieci podbiegły patrzą w zadumie na jego skostniałe palce nie mówią nic
Bo nie wolno mówić do takich presja społeczna
Ojcowie otoczyli matki silnym ramieniem dzielnie pracującym dzień po dniu
Wystukując codziennie sumy na komputerze dzień w dzień taki sam rytm
też muzycy
Nic nie rzekli litościwie milczeli a spojrzenie starcza
Tylko dwie babcie wolno przemierzające rynek i życie spojrzały przelotnie bez emocji ze zrozumieniem
Mogłam do niego podejść zostawić monetę za niezagraną jeszcze melodię
Ale minęłam bez słowa śpiesząc się na najbliższy autobus

No comments:
Post a Comment