Wednesday, 3 February 2010

grudzień '09

Warszawski kataryniarz



Pojawił się na środku jak czarodziej zupełnie podobnie wzbudzając śmiech

Każdemu przez twarz przebiegł uśmiech bo kto to widział mieć takie siwe włosy

Zmierzwione jak u wirtuoza

ale gdzie on wirtuozem

Tacy to grają w złotych salach a ten tu tylko ciska przyciski

Snuje się po bruku ciągnąc za sobą wóz pełen pajacyków skrzyni drewnianych

Zapomnianych melodii

Zaczął się rozkładać pod fontanną

Nawet syrenka spojrzała na niego z góry ona przywykła słuchać opowieści

Może krzyków bohaterskich no jeszcze wyznań miłości

Nie kataryniarzy

Matki postały chwilę kiwając głowami

Pewnie się nie uczył

Dzieci podbiegły patrzą w zadumie na jego skostniałe palce nie mówią nic

Bo nie wolno mówić do takich presja społeczna

Ojcowie otoczyli matki silnym ramieniem dzielnie pracującym dzień po dniu

Wystukując codziennie sumy na komputerze dzień w dzień taki sam rytm

też muzycy

Nic nie rzekli litościwie milczeli a spojrzenie starcza

Tylko dwie babcie wolno przemierzające rynek i życie spojrzały przelotnie bez emocji ze zrozumieniem

Mogłam do niego podejść zostawić monetę za niezagraną jeszcze melodię

Ale minęłam bez słowa śpiesząc się na najbliższy autobus


No comments:

Post a Comment